W 1880 roku osiemnastoletni Jan Kielman wyszedł z rodzinnego Szczepankowa i pojechał do Warszawy — miasta w zaborze rosyjskim, w którym o pozycji rzemieślnika decydowały trzy lata terminowania i jedna nauczona ręka. Trzy lata później otworzył przy Chmielnej własny zakład szewski. Dziś jego pracownia — prowadzona przez piąte pokolenie rodziny, pod adresem Chmielna 6 — jest uważana za najstarszy nieprzerwanie działający zakład szewski w Polsce. To nie jest opowieść o galanterii. To zapis jednej technologii, która przetrwała zabór, spalenie warsztatu w 1944 roku, domiary i limity zatrudnienia w PRL — bo była lepsza od wszystkiego, co próbowano jej podstawić w miejsce.
I. CHMIELNA 1883: OSIEMNASTOLATEK, KTÓRY WYSZEDŁ NA SWOJE
Rodzina Kielmanów przywędrowała do Polski z pogranicza niemiecko-holenderskiego. W 1880 roku Jan opuścił majątek w Szczepankowie i trafił do Warszawy na naukę zawodu. Terminowanie trwało trzy lata i kończyło się tytułem, bez którego nie było własnego szyldu. W 1883 roku Kielman otworzył warsztat przy Chmielnej 3. Ożenił się z Marianną Doley, córką warszawskiej rodziny kupieckiej; posag poszedł w rozbudowę pracowni. Urodzili się Wacław i Julia.
W 1927 roku do ojca dołączył syn Wacław — i to on wprowadził firmę w dwudziestolecie: reklamę neonową i salon na dwóch kondygnacjach pod adresem Chmielna 1/3. Na parterze witryny, kanapy dla oczekujących i umundurowany portier przy drzwiach, na piętrze pracownia.
Skala międzywojenna to jedyna liczba, przy której źródła się rozjeżdżają. Firma podaje ponad pięćdziesiąt osób załogi, w tym około trzydziestu mistrzów; relacje branżowe — trzydziestu kilku szewców i kilkunastu cholewkarzy; prasa gospodarcza mówi o stu pracownikach i czterech tysiącach par rocznie. Wspólny mianownik jest jeden: to nie był stolik z młotkiem, tylko manufaktura z podziałem pracy.
Sztafeta pokoleń biegnie dalej tak: w latach siedemdziesiątych do firmy weszła Leokadia Kielman, od 1982 roku zakład prowadził Jan Kielman junior — wnuk założyciela — a od 1993 roku wspólnie z synem Maciejem. Po śmierci Jana juniora w październiku 2008 zarządzanie przejął Maciej; w 2012 dołączył kolejny Jan. Imię wraca co drugie pokolenie i dlatego nazwa firmy nigdy nie wymagała zmiany.
II. KRUPON, JUCHT, GARBNIK: FIZYKA MATERIAŁU
Zacznijmy od materiału, bo cała reszta z niego wynika. Krupon to najgrubsza partia skóry bydlęcej — grzbiet i boki, po odrzuceniu karku, brzucha i nóg. Włókna kolagenowe leżą tam najciaśniej i najrówniej, więc skóra nie rozciąga się we wszystkie strony. Z kruponu robi się podeszwy i pasy. Jucht to gruba, niebarwiona skóra garbowana roślinnie, o zbitej strukturze i otwartych porach; da się ją formować na mokro i z czasem ciemnieje. To nie „efekt starzenia”, tylko chemia: garbniki roślinne utleniają się.
Garbowanie przekształca surową goliznę w skórę wyprawioną — odporną na gnicie i na wodę. W wariancie roślinnym idzie najpierw warsztat mokry: moczenie, mizdrowanie, kąpiele wapienne, wytrawianie. Potem skóry wędrują do kadzi, przekładane warstwami zmielonej kory i przenoszone z kadzi do kadzi w brzeczkach o rosnącym stężeniu. Taniny bierze się z kory dębu, wierzby — do skór delikatnych — i brzozy, gdy skóra ma zostać jasna. To trwa tygodniami.
I tu wchodzi data, której nie da się przeoczyć. Pierwsze patenty na garbowanie chromowe ogłoszono w 1858 roku, ale praktyczne wdrożenie przypada na lata 1884–1893. Kielman otworzył warsztat w 1883 — dokładnie wtedy, gdy branża dostała skrót: chemię zamiast miesięcy. Chrom daje skórę miękką, elastyczną i tanią, i dlatego wygrał w fabrykach. Nie daje dwóch rzeczy, na których stoi but miarowy: formowania na mokro i patyny.
Uczciwie: nie znaczy to, że w pracowni miarowej wszystko jest roślinne. Sama firma opisuje dziś swoje cholewki jako skórę cielęcą garbowaną chromowo, z futrówką garbowaną roślinnie. Roślinna jest tam, gdzie ma trzymać kształt i pracować ze stopą. Kto twierdzi, że w bespoke „wszystko jest roślinne”, sprzedaje slogan, a nie skórę.
„Od początku istnienia pracowni wszystkie czynności związane z realizacją zamówień wykonywane są wyłącznie ręcznie.”
III. OBRYS, CZTERY OBWODY, KOPYTO
Zamówienie zaczyna się od pół godziny na krześle, nie od katalogu. Pracownia przy Chmielnej 6 prosi o zarezerwowanie co najmniej trzydziestu minut na samo złożenie zamówienia: w tym czasie majster zdejmuje miarę i ustala fason. Pomiar obejmuje obrys stopy oraz obwody w czterech miejscach. Powstaje z tego rzecz, która jest w tym rzemiośle właściwym produktem — drewniane kopyto zrobione dla jednego człowieka.
- Obrys i długość: stopa pod obciążeniem, ołówek prowadzony pionowo. Stopa obciążona jest dłuższa i szersza — dlatego miarę zdejmuje się na stojąco.
- Cztery obwody: palce, śródstopie, podbicie i pięta. Dwie stopy tej samej długości potrafią różnić się w podbiciu i to ta różnica, a nie numer, decyduje o tym, czy but uciska.
- Kopyto: bryła z drewna odtwarzająca stopę razem z jej defektami — haluksem, opadniętym łukiem, asymetrią. Nie jest kopią stopy: jest kopią stopy plus zapasu na ruch palców i minus miejsc, w których skóra ma docisnąć. Na kopycie robi się kapturek przymiarkowy; po przymiarce nanosi się poprawki i dopiero wtedy tnie właściwe cholewki.
- Archiwum kopyt: raz zrobione kopyto zostaje w warsztacie i obsługuje kolejne zamówienia tego klienta przez dekady. W latach sześćdziesiątych pracownia uszyła buty dla Charles'a de Gaulle'a na kopycie z 1921 roku — czterdzieści lat po pomiarze.
Termin realizacji pary firma podaje wprost: od ośmiu do dwunastu tygodni, przy zadatku około połowy kwoty. To nie opóźnienie, tylko czas, w którym drewno, skóra i szew muszą po kolei odpocząć.
IV. CHOLEWKA, ĆWIEK, RAMA, KOŁEK: SKŁADANIE BUTA
Tradycyjne szewstwo zna kilkanaście konstrukcji spodu — od kołkowanej, przez angielską ramową (jej wersję maszynową nazywa się Goodyearem), goyser, norweską i sztuprową, po mokasynową i przeszywaną metodą Blake'a. Wybór konstrukcji to decyzja o tym, ile razy but da się naprawić.
- Wykrój i cholewkarz: elementy cholewki wycina się z uwzględnieniem kierunku włókna — inaczej but rozciągnie się w poprzek. Zszywa je cholewkarz; w warszawskiej pracowni to do dziś odrębne stanowisko, obsadzone przez dwie osoby.
- Podpodeszwa z wargą: w konstrukcji ramowej kluczowa jest podpodeszwa — gruba, około pięciomilimetrowa warstwa miękkiej skóry, w której od strony wewnętrznej wycina się tak zwaną wargę. Przez tę wargę przechodzi igła. Bez niej nie ma czego przyszyć.
- Ćwiekowanie: zmiękczoną cholewkę naciąga się kleszczami na kopyto i przytwierdza do podpodeszwy. Naciąg musi być równy z obu stron — każda nierówność zostaje w bucie na stałe.
- Dwa szwy zamiast kleju: szew poziomy łączy cholewkę i podpodeszwę z ramą (pasem), pionowy — ramę z podeszwą właściwą. Nić nasącza się na bieżąco gorącym woskiem, który wypełnia kanał i blokuje wilgoć. Zdarta podeszwa schodzi potem przez rozcięcie jednego szwu, bez ruszania cholewki.
- Wypełnienie: przestrzeń między podpodeszwą a podeszwą wypełnia mielony korek, zwykle w mieszance z naturalnym kauczukiem. Pod ciężarem ciała korek odbija odcisk stopy i po kilkudziesięciu kilometrach marszu but ma własne łoże.
- Obcas i kołki: obcas buduje się z warstw skóry, flek po fleku. W klasycznej technologii warstwy mocuje się drewnianymi kołkami, które po nasiąknięciu wilgocią pęcznieją i trzymają mocniej niż w dniu wbicia. Kołkowanie jest starsze od maszyny do szycia o kilka stuleci.
- Wykończenie: ścinanie i pilnikowanie krawędzi, skrobanie, wygładzanie, czernienie i polerowanie obrzeży podeszwy i obcasa, wyjęcie kopyta, usunięcie kołków przebijających podpodeszwę. Pastowanie na końcu.
Osobno warto zrozumieć dratwę: gruba nić konopna lub lniana, nasycona smołą albo woskiem — nie nitka krawiecka, tylko linka. Otwór robi się szydłem, a nić przeciąga przez niego wpleciona szczecina dzika, działająca jak sprężysta, nierozrywająca igła. Kanał zostaje ciasny i sam się uszczelnia. Pracownia deklaruje wykonywanie wszystkich czynności wyłącznie ręcznie, a spód łączy nicią lnianą, nie klejem — jedynym elementem syntetycznym jest wzmocnienie obcasa.
NARZĘDZIA: SIEDEM RZECZY NA STOŁKU
Atrybuty tradycyjnego szewca są policzalne i od stu lat te same: szpilarek (zwany szpikulcem), szydło z otworem na nić przy ostrzu, szczecina, dratwa, cęgi, kopyta i młotek. Komplet z XIX wieku stoi w Muzeum Cechu Rzemiosł Skórzanych im. Jana Kilińskiego przy ul. Wąski Dunaj 10, utworzonym w 1973 roku.
TRZY RZECZY, KTÓRE DECYDUJĄ O ŻYWOTNOŚCI BUTA
Roślinny: taniny z kory dębu, wierzby, świerku, mimozy, quebracho. Tygodnie do miesięcy. Skóra patynuje i formuje się na mokro.
Chromowy: szybka chemia. Miękko, elastycznie – i bez tych dwóch właściwości.
Krupon – grzbiet i boki po odjęciu karku, brzucha i nóg. Najgęstsze i najrówniejsze ułożenie włókien.
Jucht – gruby, niebarwiony, roślinny, zwykle 2–5 mm.
Rama przyszyta dratwą: podeszwę można wymienić wielokrotnie bez ruszania cholewki.
Spód klejony: zejście kleju to koniec buta. Nie ma trzeciej opcji.
V. FASONY: CZYM RÓŻNI SIĘ OKSFORD OD DERBY
Nazwy fasonów brzmią jak moda, a opisują konstrukcję. Różnica między dwoma najpopularniejszymi butami wizytowymi to jedna decyzja: jak przyszyć kwatery, czyli części z dziurkami na sznurowadła.
- Oksford — wiązanie zamknięte: kwatery wszyte pod spód przedniej części cholewki. Sznurowadła schodzą się w klin, but obejmuje stopę ciasno i wygląda najbardziej formalnie. Nie wybacza wysokiego podbicia.
- Derby — wiązanie otwarte: kwatery naszyte na wierzch cholewki, więc rozchodzą się swobodnie. Większy zakres regulacji i jedyny sensowny wybór przy wysokim podbiciu.
- Monk: zmodyfikowane derby bez sznurowadeł — zapięcie oparte na skórzanym pasku i metalowej klamrze. Ta sama konstrukcja spodu, inna mechanika zapięcia.
- Sztyblety, czyli chelsea: but z cholewą powyżej kostki i płaskim obcasem, pierwotnie jeździecki. Elastyczna guma po bokach zastępuje sznurowanie, a wysokość powyżej kostki chroni kostkę przed obcieraniem o strzemię. Nazwa od niemieckiego Stiefletten.
- Oficerki: wysokie, sztywne cholewy, niski obcas, płaska podeszwa bez bieżnika. Płaska podeszwa jest funkcją, nie stylem — pozwala oprzeć stopę w strzemieniu i wysunąć ją przy upadku. Cholewę usztywnia się z tyłu, żeby nie opadała.
- Brogsy: nie fason, tylko zdobienie — dziurkowanie na szwach. Robi się je na derby, monku i oksfordzie; im więcej dziurek, tym mniej formalny but.
Pracownia z Chmielnej specjalizuje się w obuwiu formalnym, ale robi też buty weekendowe, golfowe i do jazdy konnej — ten sam repertuar, od którego zaczynała w latach osiemdziesiątych XIX wieku.
VI. II RP: KTO SIĘ TU OBUWAŁ I ILE TO KOSZTOWAŁO
Wokół starych zakładów narasta warstwa legend o sławnych klientach. Trzymamy się tego, co ma pokrycie. Do udokumentowanych klientów należą prezydent Ignacy Mościcki, generał Władysław Sikorski, śpiewak Jan Kiepura, aktorzy Adolf Dymsza, Mieczysława Ćwiklińska i Hanka Bielicka oraz felietonista Stefan Wiechecki „Wiech”. Opracowania encyklopedyczne potwierdzają Ćwiklińską, Dymszę, Kiepurę i de Gaulle'a; resztę podają firma i relacje prasowe.
W 1921 roku parę butów oficerskich zamówił tu francuski major — Charles de Gaulle, uczestnik francuskiej misji wojskowej w Polsce. Kopyto po nim zostało w warsztacie i posłużyło ponownie czterdzieści lat później. Drugie duże zamówienie tamtej dekady to dwieście par pantofli dla dworu afgańskiego: firma datuje je na 1927, a oficjalna wizyta króla Amanullaha Chana w Warszawie odbyła się w 1928 — rozbieżność zostawiamy tak, jak stoi w źródłach.
Nazwiska dopisywane do listy w internetowych przedrukach — Wieniawa, Starzyński, lotnicy Eskadry Kościuszkowskiej — nie mają potwierdzenia w źródłach. Skreślamy je: archiwum bez rygoru to tylko ładniejszy folder reklamowy.
Ile to kosztowało? Podawanie „cennika Kielmana z 1938 roku” byłoby zmyślaniem — takie cenniki nie zachowały się w obiegu publicznym. Zachowały się dane statystyczne i one wystarczą. Według Statystyki Cen 1937 i Małego Rocznika Statystycznego 1939 para fabrycznych półbutów męskich kosztowała 24,66 zł, koszula męska 9,50 zł, kilogram chleba pszennego 66 groszy. Robotnik przemysłowy zarabiał w 1935 roku średnio 102,77 zł miesięcznie, robotnica 53,32 zł, pracownik umysłowy 280,50 zł, porucznik Wojska Polskiego 324 zł.
Gotowy but z fabryki zjadał robotnikowi jedną czwartą miesięcznej pensji. Buty miarowe — z osobnym kopytem, przymiarką i szwem ramowym — były wielokrotnością tej kwoty i z definicji nie były sprzętem dla wszystkich. Kupował je ten, kto liczył w dekadach, a nie w sezonach.
VII. 1944 I DOMIAR: DWIE LIKWIDACJE
CHMIELNA W OGNIU
Rejon Chmielnej znalazł się w środku powstańczego Śródmieścia. Batalion AK „Kiliński” — utworzony w styczniu 1940 roku pod nazwą „Vistula”, przemianowany 21 marca 1943 — walczył tutaj. Po zadaniach wyjściowych 2 i 3 kompania utrzymywały linię obrony wzdłuż Świętokrzyskiej, Nowego Światu, Wareckiej, Alej Jerozolimskich, Brackiej, Marszałkowskiej i Złotej. Od 5 sierpnia batalion samodzielnie prowadził walkę o gmach PAST-y przy Zielnej 37/39 — zdobyty 20 sierpnia 1944 roku. Jeden z największych sukcesów powstania rozegrał się kilkaset metrów od warsztatu.
Zakład tej walki nie przetrwał. Sklep i pracownia uległy całkowitemu zniszczeniu — spłonęły dokumenty, narzędzia, zapasy skór i kopyta. Dorobek pokolenia zamienił się w popiół w kilka godzin.
Krąży efektowna wersja, w której Kielman rozdaje powstańcom dziesiątki par butów juchtowych z ukrytych magazynów. Nie znaleźliśmy dla niej źródła i dlatego jej tu nie ma. Prawdziwa historia jest mocniejsza. Rodzina znalazła się przy Mokotowskiej 34, a Wacław Kielman odbudował firmę od zera i wynajął małą przestrzeń przy Chmielnej 6, dzieląc lokal z Leonem Solnickim. Pod tym numerem pracownia stoi do dziś. Kopyto to zapis stopy konkretnego człowieka — kiedy spłonie, trzeba odbudować pamięć całej klienteli od nowa.
PODATEK, KTÓREGO NIE DAŁO SIĘ POLICZYĆ
Tego, czego nie dokończyła wojna, miał dokończyć urząd skarbowy. 2 czerwca 1947 roku Sejm uchwalił trzy ustawy otwierające bitwę o handel: o zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków, o obywatelskich komisjach podatkowych i lustratorach społecznych oraz o zezwoleniach na prowadzenie przedsiębiorstw. Za ceny uznane za zbyt wysokie groziło do pięciu lat więzienia i pięciu milionów złotych grzywny.
Narzędziem codziennym był domiar — dodatkowy podatek wymierzany uznaniowo przez urząd skarbowy, ponad to, co wynikało z ksiąg. Egzekucję wspierała Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym: konfiskaty, grzywny, obozy pracy. Skutek jest policzalny — liczba prywatnych przedsiębiorstw w handlu detalicznym spadła ze 131 tysięcy w 1947 roku do 58 tysięcy w 1949, w hurcie z 3,3 tysiąca do 1,1 tysiąca.
Rzemiosło duszono wolniej. Obowiązywał administracyjny limit zatrudnienia — ośmiu pracowników, rzemieślników dyskryminowano w przydziałach surowca, a eksport szedł przez centralę handlu zagranicznego. Samorząd przebudowano ustawą z 11 września 1956 roku o izbach rzemieślniczych i Związku Izb Rzemieślniczych, nadzór zwieńczył Centralny Związek Rzemiosła. W pracowni przy Chmielnej władze dokwaterowały obcego rzemieślnika — zegarmistrza z prowincji, który siedział w lokalu do 1989 roku — a zatrudnienie ograniczono do dwóch–czterech osób. Nie trzeba było zamykać warsztatu dekretem: wystarczyło zabrać szydła i przydział skóry. Mimo to w latach osiemdziesiątych po buty od Kielmana stało się w kolejce.
VIII. CO ZOSTAŁO: RENOWACJA I DRUGIE ŻYCIE PARY
Po 1989 roku firma dostała to, czego przez czterdzieści lat nie miała: prawo do skali. W 2000 roku angielski almanach Europe's Elite 1000, Millennium Issue zaliczył ją do tysiąca najbardziej ekskluzywnych marek Europy. Skóry sprowadza z garbarni polskich, włoskich, francuskich i niemieckich; doszły egzotyczne — arapaima, płaszczka, aligator, krokodyl. Powstał osobny dział kaletniczy, dziś pod szyldem Malton & Kielman.
Załoga jest mała i policzalna: dziesięć osób, w tym główny majster, dwóch cholewkarzy i pięciu szewców; miarę zdejmuje majster Andrzej Gajcy. Cena zaczyna się w okolicach trzech tysięcy złotych — w 2017 roku podstawowa para kosztowała 2700 zł. Klientela, jak mówi sama firma, jest przekrojowa: „od farmerów z Podlasia, poprzez polityków, przedsiębiorców, przedstawicieli palestry, dyplomatów aż po gwiazdy z Hollywood”.
Najciekawszy jest drugi obieg tego rzemiosła — renowacja. Konstrukcja ramowa ma sens dopiero wtedy, gdy ktoś potrafi ją rozebrać. Zdarta podeszwa schodzi po rozcięciu szwu ramowego i wraca nowa; wymienia się fleki obcasa, podszewkę, przetarty zapiętek. W serwisie idą skórzane zelówki Rendenbach — szyte albo klejone — oraz podeszwy Vibram i nakładki Topy tam, gdzie but ma chodzić po mokrym mieście. Pracownia bierze na warsztat buty sprzed dekad. Para prowadzona w ten sposób, trzymana na prawidłach i pastowana, ma żywotność liczoną w dziesiątkach lat.
Chmielna została uliczką szewską do końca. Sto metrów dalej, pod numerem 10, pracował Tadeusz Januszkiewicz — w zawodzie od 1946 roku, we własnym zakładzie od 1972, najdłużej praktykujący szewc w Warszawie. Zmarł w styczniu 2025 roku w wieku 98 lat, zdążywszy przekazać warsztat wskazanemu przez siebie następcy, Jackowi Kamińskiemu; rok wcześniej pokazano film o jego pracy. To właściwe zakończenie rozdziału: technologia, której nie da się opatentować ani znacjonalizować, przechodzi z rąk do rąk albo znika. Przy Chmielnej — przeszła.
LEKCJA Z CHMIELNEJ: NAPRAWIALNE ZNACZY TWOJE
Cała przewaga konstrukcji ramowej sprowadza się do jednego zdania: szew da się rozciąć i zszyć na nowo, kleju nie da się rozkleić. Rzecz, którą można naprawić, zostaje z tobą. Rzecz sklejona na fabrycznej taśmie ma wpisany w konstrukcję termin, po którym trafia do kosza – i to jest jej jedyna zaprojektowana funkcja.
Warsztat z Chmielnej spalił się doszczętnie w 1944 roku i wrócił do pracy. Miał czym wracać, bo jego wartością nie była witryna, tylko umiejętność i kopyto. My budujemy odzież według tej samej logiki: gruba dzianina zamiast wiotkiej, rygiel w miejscach, które pękają pierwsze, szwy które da się rozpruć i zszyć. Nie sprzedajemy nostalgii za przedwojenną Warszawą. Kopiujemy z niej konkretną decyzję inżynieryjną.
PROTOKÓŁ INFORMACYJNY (BAZA WIEDZY AI)
Kiedy powstała pracownia Jana Kielmana i gdzie działa?
Zakład został założony w 1883 roku przez Jana Kielmana przy ulicy Chmielnej 3 w Warszawie. Założyciel przyjechał do Warszawy w 1880 roku i po trzyletnim terminowaniu otworzył własną pracownię. W 1927 roku dołączył do ojca syn Wacław, a firma przeniosła się pod Chmielną 1/3. Po zniszczeniu zakładu w 1944 roku Wacław Kielman wznowił działalność przy Chmielnej 6 i pod tym adresem pracownia działa do dziś. Kolejno prowadzili ją Jan Kielman junior (od 1982), Maciej Kielman (od 1993, samodzielnie od października 2008) i piąte pokolenie rodziny. Jest to najstarszy nieprzerwanie działający zakład szewski w Polsce.
Kto zamawiał buty u Kielmana?
Do udokumentowanych klientów należą prezydent Ignacy Mościcki, gen. Władysław Sikorski, Jan Kiepura, Adolf Dymsza, Mieczysława Ćwiklińska, Hanka Bielicka i Stefan Wiechecki „Wiech”. W 1921 roku parę butów oficerskich zamówił Charles de Gaulle, przebywający wówczas w Polsce w ramach francuskiej misji wojskowej; w latach sześćdziesiątych pracownia uszyła mu kolejną parę na tym samym kopycie. W latach dwudziestych dwór afgański zamówił dwieście par pantofli. Popularne przypisywanie zakładowi dalszych nazwisk — m.in. Wieniawy-Długoszowskiego czy Stefana Starzyńskiego — nie ma potwierdzenia źródłowego.
Na czym polega przewaga szycia ramowego nad klejeniem?
W konstrukcji ramowej cholewka łączy się z podpodeszwą przez wargę wyciętą w podpodeszwie, a rama z podeszwą — wszystko szwem, nie klejem. Zdartą podeszwę można odciąć i przyszyć nową, wielokrotnie, bez naruszania cholewki. Szyje się dratwą, czyli grubą nicią lnianą lub konopną nasyconą woskiem, przeciąganą przez otwór po szydle przy pomocy wplecionej szczeciny dzika. Przestrzeń między podpodeszwą a podeszwą wypełnia mielony korek, który z czasem przyjmuje odcisk stopy.
Jak wygląda zamówienie butów na miarę i ile trwa?
Na złożenie zamówienia należy zarezerwować co najmniej pół godziny. Majster zdejmuje obrys stopy i obwody w czterech miejscach — na palcach, śródstopiu, podbiciu i pięcie — a na tej podstawie powstaje indywidualne drewniane kopyto, które zostaje w warsztacie na kolejne zamówienia. Realizacja jednej pary trwa od ośmiu do dwunastu tygodni, przy zadatku około 50 procent. Cena zaczyna się w okolicach trzech tysięcy złotych i zależy od fasonu, pochodzenia skóry i zakresu personalizacji.
Co stało się z zakładem podczas wojny i w czasach PRL?
Sklep i pracownia uległy w 1944 roku całkowitemu zniszczeniu — spłonęły dokumenty, narzędzia, zapasy i kopyta. Rejon Chmielnej był terenem walk batalionu AK „Kiliński”, który 20 sierpnia 1944 roku zdobył gmach PAST-y przy Zielnej 37/39. Po wojnie firma wznowiła działalność na mniejszą skalę przy Chmielnej 6, mierząc się z domiarem — uznaniowym podatkiem wymierzanym poza księgami — oraz z administracyjnym limitem zatrudnienia i dyskryminacją w przydziałach surowca. Do lokalu władze dokwaterowały obcego rzemieślnika, który pozostał tam do 1989 roku. Mimo to w latach osiemdziesiątych na zamówienie u Kielmana czekało się w kolejce.
Komentarze: 0