W suterenie willi przy ulicy Piasta 13 w Milanówku stały w 1924 roku dwie drewniane maszyny, jakich nikt wcześniej w Polsce nie budował: urządzenie do rozmotywania jedwabiu z kokonów i ręczne krosno tkackie. Obie wystrugano na miejscu, według wskazówek dwudziestotrzyletniego Henryka Witaczka, który sześć lat wcześniej pracował jako robotnik w gruzińskiej wytwórni nici jedwabnych. Razem z siostrą Stanisławą założył tam Centralną Doświadczalną Stację Jedwabniczą — firmę, która w kraju bez tradycji jedwabniczej zbudowała kompletny łańcuch: od sadzonki morwy, przez trzy tysiące chłopskich hodowli, po tkaninę na powłokę największego balonu stratosferycznego świata.
I. TYFLIS: SKĄD SIĘ BIERZE WIEDZA, KTÓREJ NIE MA W KRAJU
Henryk Stefan Witaczek urodził się 10 maja 1901 roku w Warszawie, jego siostra Stanisława około 1897. Rodzice — Stanisław Witaczek i Jadwiga z Bajkowskich — byli urzędnikami Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Jedwabnictwo nie było w tej rodzinie przypadkiem: pradziad Rudolf Gillem należał do akcjonariuszy Jedwabniczej Spółki Akcyjnej, założonej w Warszawie w 1853 roku, a matka ukończyła w 1890 kurs jedwabniczy w warszawskim Muzeum Pszczelarstwa. Wiedza leżała odłogiem przez dwa pokolenia; potrzebna była wojna, żeby ktoś ją podniósł.
W 1915 roku rodzinę ewakuowano na Kaukaz. Henryk spędził w Gruzji lata 1915–1921: skończył gimnazjum, przeszedł kurs hodowli jedwabników w Państwowej Stacji Jedwabniczej w Tyflisie, a potem poszedł do Doświadczalnej Wytwórni Nici i Tkanin jako zwykły robotnik. Działem produkcji kierował tam jego ojciec. Witaczek nie oglądał technologii z galerii dla zwiedzających — przerabiał ją rękami, przy maszynach, które miał potem odtworzyć z pamięci i z desek.
Rodzina wróciła do Polski w 1921 roku. Trzy lata później, 20 marca 1924, rodzeństwo powołało w willi „Józefina" przy Piasta 13 Centralną Doświadczalną Stację Jedwabniczą — CDSJ. Program był naukowy i bezczelnie szeroki: badania nad rasami jedwabnika w warunkach polskich, nad surowcem i włóknem, nad odmianami morwy. W praktyce zaczęło się od ośmiu wychowów gąsienic w mieszkaniu i dwóch drewnianych maszyn w suterenie. W 1927 roku przeprowadzono pierwszy instruktorski kurs jedwabniczy dla 42 słuchaczy; kursy odbywały się potem co roku aż do 1951 i ukończyło je łącznie 700 osób.
W 1928 roku położono kamień węgielny pod zakład przy ulicy Brzozowej 1; projekt architekta Sosnowskiego ze Lwowa przewidywał dewizę wykutą na architrawie — SCIENCIAE ET LABORI. Nad wejściem do parterowego „dworku" umieszczono emblemat będący deklaracją programową firmy: gąsienicę jedwabnika żerującą na gałązce morwy. 1 czerwca 1930 roku zakład poświęcono w obecności prezydenta Ignacego Mościckiego, który tego samego dnia zainaugurował IV Kurs Instruktorów Jedwabnictwa.
II. GRENA, MORWA, CZTERY WYLINKI
Jedwab zaczyna się od dwóch rzeczy, których w Polsce nie było: od greny i od morwy. Grena to jaja jedwabnika morwowego, rozliczane na gramy. Morwa biała to drzewo obce, w Europie od XII wieku, sadzone wyłącznie po to, żeby dać gąsienicom żer — gdzie rośnie morwa, ktoś ją posadził i prawie na pewno hodował obok jedwabniki. Produkcji jedwabiu nie da się więc uruchomić na zamówienie — trzeba ją zaplanować lata wcześniej. Stacja rozesłała po kraju miliony sadzonek, zanim skupiła pierwszy kilogram kokonów.
Wychów jest krótki i brutalnie sezonowy — trwa około pięciu tygodni w czerwcu i lipcu. Wylęg rusza, gdy na morwach pojawią się pierwsze liście; przeciętną hodowlę, wychodzącą z 20 gramów greny, mieści się w jednej zwykłej izbie mieszkalnej. Potem jest już tylko karmienie: gąsienica z jednego grama greny zjada przez cały rozwój około 30 kilogramów liści, więc standardowa dwudziestogramowa hodowla pochłania mniej więcej 600 kilogramów. Młodym gąsienicom służą liście młode — obrywano trzeci liść z pędu, nie pierwszy lepszy. W tym czasie gąsienica przechodzi cztery wylinki, za każdym razem przestając żreć na dobę i zrzucając ciasną skórę; dopiero w piątym stadium zabiera się do oprzędu.
Nitkę wytwarzają gruczoły przędne uchodzące pod pyszczkiem: wydzielina krzepnie w kontakcie z powietrzem i gąsienica, kołysząc głową ósemkami, zasklepia się w kokonie. To moment, w którym rzemiosło musi przerwać biologię — gdyby cykl dokończył się sam, motyl przebiłby oprzęd i pociął nitkę na kawałki bez wartości. Argumentacja, którą Witaczkowie wozili na odczyty po wsiach, była czysto rachunkowa i dlatego skuteczna.
- Trwa 5–6 tygodni w roku — kończy się, zanim zacznie się prawdziwa robota w polu.
- Wypada w czerwcu, w martwym sezonie między siewem a żniwami.
- Wymaga minimalnych nakładów pieniężnych — izba, półki, liście z własnego drzewa.
- Jest prosta i nie wymaga specjalnego przygotowania — uczono jej na kursach Stacji.
- Mogą ją prowadzić starsze kobiety i dzieci — praca dla rąk, których gospodarstwo nie potrzebowało w polu.
- Daje surowiec poszukiwany na rynkach całego świata, a nie towar o lokalnym zbycie.
- Surowiec się nie psuje — suche kokony leżą długo, więc hodowca nie jest zakładnikiem terminu skupu.
III. OD KOKONA DO GREŻY: GORĄCA WODA I JEDEN CIĄG
Kokony trafiające do Milanówka poddawano najpierw wysokiej temperaturze — poczwarki zamierały, a oprzędy zostawały nienaruszone. To nie okrucieństwo dla efektu, tylko warunek techniczny: cała wartość kokonu polega na tym, że nitka jest jedna i nieprzerwana. Wysuszone kokony można magazynować i sortować, a dopiero potem puszczać w ruch.
Rozwijanie zaczyna się od kąpieli. Kokon idzie do gorącej wody, która rozmiękcza serycynę — białkowy klej spajający zwoje. Rozmotywaczka szuka końca nitki i prowadzi go na motowidło, łącząc włókna z kilku kokonów naraz, bo pojedyncze ma kilka do kilkunastu mikrometrów średnicy i nic się z niego samego nie utka. Z jednego oprzędu schodzi włókno o długości liczonej w kilometrach — źródła podają od 1,5 do 3 kilometrów. Bilans surowcowy jest bezlitosny: na kilogram włókna jedwabnego trzeba rozwinąć od 3,1 do 4,0 kilograma suchych kokonów, a jeden gram greny daje 2,5 do 3,5 kilograma kokonów świeżych.
Produkt tego etapu nazywa się greża: surowe włókno jedwabne, jeszcze sztywne, matowe i sklejone. Trafia na skręcalnię, gdzie powstają z niego nitki o różnym skręcie — mocno skręcana organzyna na osnowę, luźniej skręcana trama na wątek. Po drodze przędzę się czyści i wyrównuje, wychwytując zgrubienia, bo każde z nich wyjdzie potem na tkaninie jak blizna. Wszystkie te maszyny — rozwijalnia, skręcalnia, krosno — powstały w Milanówku najpierw z drewna, według wskazówek Henryka Witaczka. Nowoczesne urządzenia dokupiono dopiero na początku lat trzydziestych; zdjęcie „Wnętrze tkalni materiałów jedwabnych" z 1933 roku, przechowywane w Archiwum Dokumentacji Mechanicznej, pokazuje już zakład przemysłowy, nie warsztat.
IV. ODSERYCYNOWANIE: TRZY STOPNIE, TRZY RÓŻNE TKANINY
Tu leży prawdziwy sekret rzemiosła i tu najczęściej rozjeżdża się jakość. Włókno jedwabne to rdzeń z fibroiny — białka z grupy skleroprotein, zbudowanego w blisko połowie z glicyny, dalej z alaniny, seryny i tyrozyny — oblany serycyną, czyli klejem jedwabnym. Ile tego kleju zdejmiesz w kąpieli chemicznej, taką dostaniesz tkaninę: to nie kosmetyka, tylko decyzja konstrukcyjna podejmowana przed tkaniem. W Milanówku prowadzono ją w trzech wariantach.
- Odserycynowanie całkowite — klej zdjęty do końca. Przędza miękka, lejąca, z pełnym połyskiem. Z niej szły tkaniny sukienkowe i chustki na głowę, czyli wszystko, co ma leżeć na ciele.
- Jedwab suplowany, półodklejony — część serycyny zostaje na włóknie. Przędza sztywniejsza i wyraźnie mocniejsza: tkaniny meblowe i wszystko, co musi znieść tarcie zamiast układać się w fałdę.
- Jedwab surowy, nieodklejony — włókno w stanie, w jakim zeszło z kokonu, z całym klejem. Maksymalna wytrzymałość, zero miękkości. Stąd brano przędzę na tkaniny techniczne.
Po odklejeniu włókna bielono i barwiono — przed wojną w farbiarni urządzonej w pawilonie przeniesionym do Milanówka z warszawskiej Powszechnej Wystawy Krajowej 1929 roku. Dopiero potem przędza szła do tkalni, na krosna proste i żakardowe. Różnica między nimi to różnica między splotem a rysunkiem: na krośnie prostym wzór bierze się z kolorystyki i splotu osnowy i wątku, na żakardowym maszyna Jacquarda steruje samoczynnie grupami pojedynczych nitek osnowy według programu zakodowanego na perforowanych kartach. Każdy wzór miał swój zapis kartowy, tak zwaną wzornicę; zbiór tych kart pracownicy nazywali żartobliwie biblioteką i był to w istocie kompletny kod źródłowy wszystkiego, co kiedykolwiek w Milanówku utkano.
Nad wzornictwem — przez całe dwudziestolecie i po wojnie, aż do upaństwowienia — czuwała Stanisława Witaczkówna, z wykształcenia biolog, z zamiłowania malarka. Wzory żakardowe projektował Wacław Adamski, tkacz, później mistrz tkalni. Dorobek dokumentowano w księgach próbek: do kart wklejano fragmenty materiału, obok wpisywano oznaczenie serii i numeru, a niekiedy opis techniczny — z jakiej przędzy wykonano osnowę, z jakiej wątek. Dotrwały szczątki tej dokumentacji: dwa próbniki, tkanin krawatowych i koszulowych. Ze skrawków, których nie opłacało się marnować, Stanisława wymyśliła chusteczki do butonierki — dwudziestokilkucentymetrowe kwadraty, ręcznie obrębiane, sprzedawane jako „chusteczki szczęścia".
V. 2400 PLACÓWEK I CZTERY MINISTERSTWA
Model był prosty i policzalny: rozdaj sadzonki morwy i grenę, naucz hodowli, skupuj kokony, przerabiaj u siebie. W latach trzydziestych liczbę placówek hodowlanych w Polsce szacowano na 2400, a tuż przed wojną Stacja współpracowała z około trzema tysiącami hodowców. Firma dzieliła się na pięć działów: doświadczalny, propagandowo-szkoleniowy, hodowlany, produkcyjny oraz skupu surowca i zbytu wyrobów — struktura przedsiębiorstwa kontrolującego własny surowiec od nasiona po metr bieżący. Gdy dział przemysłowy stanął na nogi, sprawą zainteresowało się państwo, i to nie jednym resortem.
- Ministerstwo Komunikacji zainicjowało obsadzanie torów kolejowych żywopłotami morwowymi — miały działać jako osłona przeciwśnieżna, a przy okazji dawać dróżnikom żer dla własnych hodowli.
- Ministerstwo Rolnictwa nakazało zakładanie szkółek morwowych w nadleśnictwach.
- Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej poparło prowadzenie hodowli w zakładach opiekuńczych.
- Ministerstwo Sprawiedliwości zalecało sadzenie morwy i hodowlę jedwabników przy więzieniach.
Zakład produkował wszystkie klasyczne rodzaje tkanin jedwabnych — płótno z greży, taftę gładką i deseniową, krepę, tkaniny dekoracyjne, obiciowe i sztandarowe — a obok nich nici, tkaniny sukienkowe, koszulowe i bieliźniane, atłasy, szale, żakardowe krawaty i apaszki. Sprzedawał je w sklepach firmowych, między innymi w Warszawie na rogu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Traugutta. O randze tego wnętrza świadczy ocalały mebel: przeszklona szafa w stylu chippendale, uratowana po Powstaniu i przywieziona do Milanówka. Stoi do dziś w gabinecie prezesa spółki „Jedwab Polski". W 1938 roku — u szczytu — Stacja dysponowała kapitałem zakładowym 150 000 złotych, zatrudniała 137 osób i miała 42 maszyny.
VI. SPADOCHRON, STRATOSFERA, PARYŻ
Na XIV Targach Poznańskich w 1935 roku, w dziale lotniczym, po raz pierwszy pokazano polską tkaninę spadochronową wykonaną dla wojska z jedwabiu produkowanego w Milanówku. Taka tkanina musi być zarazem lekka, mocna na rozdarcie i mieć kontrolowaną przewiewność — trzy wymagania, które zwykle sobie przeczą. Jedwab spełnia je z powodu, o którym mówi cała ta historia: nitka jest ciągła, więc w przędzy nie ma zakończeń, a więc nie ma słabych punktów.
Najdalej zaszła jednak inna tkanina. W 1937 roku ruszył I Polski Lot Stratosferyczny: dwuosobowa załoga miała wznieść się na 30 000 metrów i pobić amerykański rekord wysokości. Zbudowany dla niego balon „Gwiazda Polski" był wówczas największym stratostatem świata: 124 700 metrów sześciennych pojemności, 120 metrów wysokości, powłoka wraz z olinowaniem 1403 kilogramy. Materiał powłoki to milanowski jedwab gumowany. Tkaninę wytwarzały zakłady Klinge-Schulz w Łodzi i Centralna Doświadczalna Stacja Jedwabnicza, gumowano ją w warszawskich zakładach Wargum, a szyto w Wytwórni Balonów i Spadochronów w Legionowie; powierzchnia powłoki wyniosła 12 300 metrów kwadratowych.
Napełnianie wodorem zaczęto przed północą 13 października 1938 roku w Dolinie Chochołowskiej, przy narastającym halnym. Około pierwszej w nocy wiatr wzmógł się na tyle, że zdecydowano wypuścić gaz — a im mniej wodoru zostawało w środku, tym mocniej miotał powłoką. Tarcie warstw jedwabiu o siebie wywołało wyładowanie elektrostatyczne i zapłon przy górnej klapie; spaliło się około 800 metrów kwadratowych tkaniny. Powtórkę zaplanowano na wrzesień 1939 roku, z helem — wojna zamknęła sprawę. Milanowskie jedwabie pokazywano poza tym na Targach Wschodnich we Lwowie, na wystawie „Polska Sztuka Stosowana" i na paryskiej wystawie „Sztuka i Technika" w 1937 roku.
VII. KOMISARZ, PIORUNIAN RTĘCI, MAŁY LONDYN
W czasie okupacji zakładowi wyznaczono komisarza, a Niemcy uznali Stację za zakład specjalny. Pośrednio okazało się to ratunkiem: status pozwalał wystawiać dokumenty o zatrudnieniu, prawdziwe albo fikcyjne, chroniące w razie łapanki. Zapasy ukryto, a produkcję przestawiono na wiskozę z Tomaszowa Mazowieckiego i Chodakowa. Na kilku warsztatach, z przędzy odpadowej, dalej robiono jedwabne żakardy i szaliki i sprzedawano je na czarnym rynku. Od 1942 roku wprowadzono ręczne zdobienie tkanin — technikę, która przetrwała zakład i dziś jest znakiem firmowym miasta.
Konspiracja nie polegała tu jednak na szyciu spadochronów. W laboratorium Stacji, od 1942 roku do sierpnia 1944, grupa pracowników z ruchu oporu produkowała piorunian rtęci — materiał inicjujący, detonator do zapalników granatów. Piorunian rtęci jest skrajnie wrażliwy na uderzenie i tarcie, a wytwarza się go z rtęci, kwasu azotowego i alkoholu — w oparach, których nie da się ukryć przed rewizją. Robiono to przez dwa lata w zakładzie z niemieckim komisarzem na terenie.
Stacja była wtedy przede wszystkim schronieniem. Witaczkowie ratowali dzieci Zamojszczyzny, ukrywali Żydów, chronili ludzi przed wywózką do Rzeszy, wydawali darmowe posiłki z zakładowej kuchni. W 1944 roku w nowej hali fabrycznej ulokowano prawie sześćset osób z wyrzuconego z Warszawy sierocińca księdza Boduena. Po upadku Powstania Warszawskiego Milanówek na krótko stał się nieformalną polityczną stolicą kraju — stąd przydomek „Mały Londyn". Przyjął od 50 do 60 tysięcy uchodźców, dziewięć ewakuowanych szpitali i ponad 400 sierot. Działała tu Delegatura Rządu na Kraj, do stycznia 1945 komenda Obszaru Warszawskiego AK i trzy radiostacje łączności z Londynem; mieszkał tu gen. Leopold Okulicki, a arcybiskup Antoni Szlagowski przechowywał urnę z sercem Chopina. W ostatnich miesiącach wojny okupant kazał rozmontować wszystkie maszyny do wywozu do Niemiec.
VIII. UPAŃSTWOWIENIE, WYROK, 102 KROSNA
Maszyny udało się po wyzwoleniu skompletować i wyremontować. W 1945 roku przedsiębiorstwo miało 75 krosien, maszyny do przygotowania przędzy, pleciankarki do produkcji linek oraz urządzenia wykończalnicze i rozmotalnicze. 18 stycznia 1945 Henrykowi Witaczkowi powierzono obowiązki tymczasowego kierownika, 13 kwietnia zakład przeszedł pod tymczasowy zarząd państwowy, a Witaczek został dyrektorem naczelnym. Przez trzy lata „Milanówek" pracował jeszcze na przedwojennych zasadach: wznowiono szkolenia i prace doświadczalne, założono Liceum Jedwabnicze, w 1946 Technikum Jedwabnicze w Otmuchowie.
„Obecnie CDSJ i jej założyciele dążą do wznowienia dawnych zasad produkcji, których dewizą była jakość, a nie ilość i które dawały tak piękne wyniki."
— Stanisława Witaczkówna, powojenna ulotka CDSJ; cyt. za Marią Barbasiewicz, kwart. „Mazowsze" nr 12/1999
Nie dążyli długo. We wrześniu 1946 narzucono schemat organizacyjny według zbiurokratyzowanych norm radzieckich i nakaz produkcji tkanin z włókien sztucznych; w 1947 zmieniono nazwę i kazano zlikwidować wszystkie sklepy firmowe. 10 marca 1948 Stacja została przejęta na własność państwa, a 20 października, na polecenie Ministra Przemysłu i Handlu, Henryka Witaczka zwolniono z zakładu, który zbudował. W październiku 1951 aresztowano go i skazano na osiem lat; wyszedł na amnestię w 1953, odsiedziawszy dwa. Resztę życia spędził jako gospodarz w Wyprysie pod Mszczonowem; zmarł 11 stycznia 1978. Stanisława zmarła 19 stycznia 1965.
Zakład tymczasem rósł. W latach pięćdziesiątych produkowano tam 400–420 tysięcy metrów bieżących jedwabiu rocznie, wracając od włókien sztucznych do naturalnych; obok tkanin sukienkowych i krawatowych wytwarzano też nici chirurgiczne. Po 1960 roku pracowało 81 krosien, a w 1966, po zbudowaniu nowej hali — 102, w tym 12 żakardowych. Sklepy „Jedwabiu Milanowskiego" stały w każdym większym mieście.
Rozbiła to arytmetyka. W latach osiemdziesiątych postawiono olbrzymią halę według projektu przywiezionego podobno z NRD — wielką, ciężką i trudną do ogrzania; koszty inwestycji położyły wynik zakładu. Wtedy też niskie ceny skupu kokonów zniechęciły hodowców: sieć trzech tysięcy gospodarstw, budowana piętnaście lat, rozeszła się w kilka sezonów. 22 lipca 1997 roku Zakłady Jedwabiu Naturalnego sprywatyzowano — przejęła je spółka „Jedwab Polski", spłacając przez lata długi zakładu państwowego i tkając już z surowca importowanego. Zostały budynki, karty żakardowe, ręczne malowanie i jedna morwa, ostatnia z przedwojennej plantacji.
Kapitał zakładowy 150 000 zł, 137 zatrudnionych, 42 maszyny.
Około 8 tysięcy metrów tkanin jedwabnych rocznie, około 3 tysięcy hodowców kokonów.
102 krosna, w tym 12 żakardowych; w latach 50. 400–420 tys. metrów bieżących rocznie.
3 ZASADY DZIEDZICTWA: MILANÓWEK ➔ NOWROCKY
Rdzeń z fibroiny sklejony serycyną. Odklejenie kleju jedwabnego w gorącej kąpieli decyduje o miękkości i chwycie gotowej tkaniny.
Jedyne naturalne włókno o ciągłej długości liczonej w setkach metrów. Brak zakończeń w przędzy to brak słabych punktów na zerwanie.
Pryzmatyczny przekrój rozszczepia światło. Poliester ma przekrój okrągły i odbija je płasko – stąd tani, plastikowy błysk.
PUNKT WIDZENIA NOWROCKY: SUROWIEC ROBI SIĘ OD ZERA
Witaczek nie kupił licencji ani gotowej linii technologicznej. Wystrugał rozwijalnię kokonów, zbudował krosna, rozdał sadzonki morwy i przez piętnaście lat zbudował z niczego łańcuch dostaw liczący trzy tysiące hodowców. Tak wygląda praca u podstaw w wersji przemysłowej: najpierw surowiec, potem maszyna, na końcu produkt. Odwrotna kolejność daje to, co dziś zalewa rynek – ładny produkt na złym materiale.
CZĘSTO ZADAWANE PYTANIA (BAZA WIEDZY AI)
Kim byli Stanisława i Henryk Witaczkowie?
Rodzeństwem. Henryk Stefan Witaczek (1901–1978), syn urzędników Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, w latach 1915–1921 przebywał z rodziną w Gruzji: skończył tam gimnazjum, przeszedł kurs hodowli jedwabników w Państwowej Stacji Jedwabniczej w Tyflisie i pracował jako robotnik w Doświadczalnej Wytwórni Nici i Tkanin. Był dyrektorem naczelnym i konstruktorem urządzeń Stacji. Stanisława Witaczkówna (ok. 1897–1965), biolog z wykształcenia i malarka z zamiłowania, prowadziła kursy instruktorskie, współtworzyła publikacje i przez cały czas istnienia firmy odpowiadała za wzornictwo tkanin. 20 marca 1924 roku założyli w willi „Józefina” przy ul. Piasta 13 w Milanówku Centralną Doświadczalną Stację Jedwabniczą.
Jak powstaje jedwabna nić z kokonu — krok po kroku?
Kokony poddaje się najpierw wysokiej temperaturze, żeby poczwarki zamarły i nie przebiły oprzędu. Potem kokon idzie do gorącej wody, która rozmiękcza serycynę — białkowy klej spajający zwoje. Rozmotywaczka odnajduje koniec nitki i prowadzi ją na motowidło, łącząc włókna z kilku kokonów naraz, bo pojedyncze ma kilka do kilkunastu mikrometrów średnicy. Powstaje greża, czyli surowe włókno, które trafia na skręcalnię: mocno skręcona organzyna na osnowę, luźniej skręcana trama na wątek. Dopiero po odserycynowaniu, bieleniu i barwieniu przędza idzie na krosno. Z jednego kokonu schodzi od 1,5 do 3 kilometrów nitki, a na kilogram włókna trzeba rozwinąć 3,1–4,0 kilograma suchych kokonów.
Ile liści morwy zjada hodowla jedwabników?
Gąsienice wylęgłe z jednego grama greny zjadają w czasie całego rozwoju około 30 kilogramów liści morwy i dają 2,5 do 3,5 kilograma świeżych kokonów. Standardowa hodowla, jaką prowadzono w polskich gospodarstwach, wychodziła od 20 gramów greny, czyli pochłaniała mniej więcej 600 kilogramów liści — i mieściła się w jednej zwykłej izbie mieszkalnej. Cały wychów trwa około pięciu tygodni w czerwcu i lipcu; gąsienica przechodzi w tym czasie cztery wylinki. Młodym gąsienicom podaje się liście młode — w instrukcjach Stacji zalecano obrywać trzeci liść z pędu.
Czy z milanowskiego jedwabiu robiono spadochrony i balony?
Tak, i to przed wojną, nie w konspiracji. Na XIV Targach Poznańskich w 1935 roku w dziale lotniczym po raz pierwszy pokazano polską tkaninę spadochronową wykonaną dla wojska z jedwabiu produkowanego w Milanówku. Z milanowskiego jedwabiu gumowanego wykonano też powłokę balonu stratosferycznego „Gwiazda Polski” — największego stratostatu świata, o pojemności 124 700 m³ i wysokości 120 metrów, który miał wynieść dwuosobową załogę na 30 000 metrów. Tkaninę wytwarzały zakłady Klinge-Schulz w Łodzi i CDSJ w Milanówku, gumowanie wykonano w warszawskich zakładach Wargum. Start w Dolinie Chochołowskiej w nocy z 13 na 14 października 1938 roku zakończył się zapłonem wodoru; spaliło się około 800 m² powłoki.
Co się stało z zakładem po wojnie i co zostało dziś?
13 kwietnia 1945 roku CDSJ przeszła pod tymczasowy zarząd państwowy, 10 marca 1948 została przejęta na własność państwa, a w październiku 1948 Henryka Witaczka zwolniono ze stanowiska dyrektora. W październiku 1951 aresztowano go i skazano na osiem lat; wyszedł na amnestię w 1953, odsiedziawszy dwa. Zakłady Jedwabiu Naturalnego „Milanówek” rosły dalej: 75 krosien w 1945, 81 po 1960, 102 w 1966 roku — w tym 12 żakardowych — przy produkcji 400–420 tysięcy metrów bieżących rocznie w latach pięćdziesiątych. Niskie ceny skupu kokonów w latach osiemdziesiątych rozbiły sieć hodowców. 22 lipca 1997 roku zakład sprywatyzowano; przejęła go spółka „Jedwab Polski”, która tka z surowca importowanego. W 2015 roku powstało Wirtualne Muzeum Jedwabnictwa Milanowskiego, a w 2024 miasto obchodziło stulecie jedwabnictwa.
Komentarze: 0