Palazzo dello Sport w Rzymie, 5 września 1960 roku, godzina dwudziesta pierwsza. Finał wagi półciężkiej. Po jednej stronie ringu dwudziestosześcioletni Polak z Bielska-Białej, trzykrotny mistrz Europy, faworyt turnieju. Po drugiej osiemnastolatek z Louisville, którego nikt w Europie nie zna. Trzy rundy później sędziowie jednogłośnie podniosą rękę Amerykanina, a Zbigniew Pietrzykowski wróci do narożnika z rozciętą wargą i bez ochraniacza na zęby, zgubionego wcześniej w turnieju. Cassius Marcellus Clay junior stoczył tego wieczoru ostatnią walkę amatorską w życiu. Polak przegrał jedyny finał olimpijski, do jakiego dotarł — i to zdanie przykryło wszystko, co zrobił przez pozostałe czternaście lat kariery.
I. BESTWINKA: DO KLUBU ZAPISAŁ SIĘ W TAJEMNICY
Na wstępie jedno rozróżnienie, bo nazwisko myli od dziesięcioleci: to nie jest Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski, bokser z Auschwitz z rozdziału 19 tej kroniki — inny człowiek, inne pokolenie, a łączy ich wyłącznie nazwisko i rękawice.
Zbigniew Pietrzykowski urodził się 4 października 1934 roku w Bestwince koło Bielska-Białej. Matka Jadwiga uczyła matematyki, ojciec Eugeniusz był inżynierem ogrodnikiem. Miał dwóch starszych braci: jeden boksował, drugi podnosił ciężary. Jesienią 1950 roku, mając szesnaście lat, poszedł ich śladem — ale starszy brat Wiktor był temu przeciwny, więc młodszy zapisał się do sekcji bokserskiej w tajemnicy, do konkurencyjnego klubu. Rok trenowali osobno, potem obaj byli już w Bielsko-Bialskim Towarzystwie Sportowym. Pierwszym trenerem był Ernest Rademacher.
Szesnaście lat to na ring późno. Debiut wygrał na punkty i, jak wspominał, „trochę zaszumiało mu w głowie”; w drugiej walce dwa razy leżał na deskach, wygrał ją mimo to i wyciągnął wniosek na całą karierę: nie wolno lekceważyć nikogo. Trenował w skromnej sali przy ulicy Bardowskiego, w obiekcie wojskowym bez udogodnień: worki, gruszki, skakanka i ring rozstawiany tam, gdzie akurat było miejsce.
II. WARSZAWA 1953: DZIEWIĘTNASTOLATEK, KTÓRY DOSTAŁ PSEUDONIM
W maju 1953 roku Feliks Stamm powołał go do kadry na mistrzostwa Europy w Hali Gwardii. Powołanie dziewiętnastolatka bez dorobku było sensacją; te mistrzostwa Polska wygrała w klasyfikacji drużynowej — opisaliśmy je w rozdziale 22, poświęconym samemu Stammowi. Pietrzykowski nie doszedł do finału, ale przywiózł brąz wagi lekkośredniej i uwierzył, że może być pierwszy. Wtedy też dostał od trenera pseudonim na całą karierę: „Piskorz”.
Rok później zadebiutował w meczu międzypaństwowym Polska–Węgry w Budapeszcie i przegrał na punkty z Lászlem Pappem — dwukrotnym już wtedy mistrzem olimpijskim, najlepszym amatorem świata. „Przy okazji pogrzałem się w ciepełku jego sławy” — mówił po latach Januszowi Pinderze z „Rzeczpospolitej”. Ta porażka i jedna z Czechosłowakiem Koutnym to były jedyne dwie w czterdziestu czterech występach w koszulce reprezentacji w latach 1953–1966.
We wrześniu 1954 roku pojechał z kadrą na międzynarodowy turniej państwowy na stadionie Wasyla Lewskiego w Sofii. Polska wygrała go z kompletem punktów, przed ZSRR, Bułgarią, Węgrami, Czechosłowacją i NRD. Zdjęcie z tamtej imprezy — Pietrzykowski w wadze średniej przeciwko Węgrowi Raduly’emu — leży dziś w niemieckim archiwum federalnym.
III. CZTERY ZŁOTA EUROPY W TRZECH KATEGORIACH
Rekord, który robi z Pietrzykowskiego postać osobną w polskim boksie, nie powstał w Rzymie, tylko na mistrzostwach Europy: startował pięć razy i pięć razy wracał z medalem — po debiutanckim brązie przyszły cztery złota.
- Berlin Zachodni, 27 maja – 5 czerwca 1955 — złoto w wadze lekkośredniej, w finale pokonał reprezentanta ZSRR Karlosa Dżanerjana.
- Praga, 25 maja – 2 czerwca 1957 — złoto w wadze średniej, w finale pokonał Jugosłowianina Dragoslava Jakovljevicia.
- Lucerna, 24–31 maja 1959 — złoto w wadze półciężkiej, w finale pokonał Rumuna Gheorghe Negreę, wicemistrza olimpijskiego z Melbourne.
- Moskwa, 26 maja – 2 czerwca 1963 — złoto w wadze półciężkiej, w finale pokonał Danasa Pozniakasa z ZSRR, przyszłego mistrza olimpijskiego z Meksyku.
Mistrzostw mogło być pięć. W 1961 roku nie pojechał do Belgradu, bo zdawał maturę w technikum przemysłu spożywczego. Jego rocznik pisał ją w 1953 roku — wtedy zdawał inną, w Hali Gwardii. Osiem lat później tytuł mistrza Europy przepadł na rzecz świadectwa dojrzałości.
W kraju było jeszcze bardziej jednostronnie. Jedenaście razy zdobył indywidualne mistrzostwo Polski — w lekkośredniej w latach 1954–1956, w średniej w 1957 i w półciężkiej od 1959 do 1965 roku, plus trzy tytuły drużynowe. W lidze stoczył sto trzydzieści sześć walk i wygrał wszystkie sto trzydzieści sześć. Od 1953 roku do końca kariery nie przegrał w Polsce ani jednego pojedynku — czternaście lat bez porażki na własnym podwórku.
IV. MELBOURNE 1956: PAPP DWA RAZY W CIĄGU TRZECH MIESIĘCY
Jesienią 1956 roku, w turnieju o Puchar Warszawy w Hali Gwardii, Pietrzykowski trafił w finale na Pappa. Węgier ruszył po nokaut, zapomniał o obronie i wpadł na lewą Polaka; sędzia przerwał pojedynek. Papp mówił o tym starciu jako o swojej najgorszej porażce i jedynym takim nokaucie w karierze. Lata później, przy spotkaniu obu rodzin, spojrzał Pietrzykowskiemu w oczy: „Przecież mogłeś mnie wtedy zabić!”. Polak nie zaprzeczył.
Zapytany, dlaczego akurat wtedy nie zastosował swojej zasady oszczędzania rywala, odpowiedział rzeczowo:
„Papp był dwukrotnym mistrzem olimpijskim, najlepszym pięściarzem amatorskim na świecie. Nawet półprzytomny był groźny, mógł mnie znokautować. W pierwszej rundzie leżałem przecież po jego ciosie. Nie mogłem dać mu kolejnej szansy. Powiem więcej, gdyby sędzia nie przerwał pojedynku, zadawałbym kolejne ciosy”.
– Zbigniew Pietrzykowski w rozmowie z Januszem Pinderą, „Rzeczpospolita”, 19 maja 2014
Rewanż przyszedł w Melbourne. Polska jechała tam z drużyną, o której Pietrzykowski mówił, że nigdy wcześniej ani później takiej nie mieliśmy — i wróciła z dwoma brązami. On sam pokonał 24 listopada Riczarda Karpowa, 28 listopada Borisa Nikołowa, a 30 listopada w półfinale trafił na wściekłego Pappa i przegrał na punkty. Węgier wygrał nazajutrz finał z José Torresem i został pierwszym trzykrotnym mistrzem olimpijskim w boksie. „Nie trafiliśmy z formą, zmogła nas różnica czasu. Nie byliśmy sobą” — tłumaczył po latach.
V. RZYM, 5 WRZEŚNIA 1960: TRZY RUNDY, KTÓRE ZOSTAŁY NA ZAWSZE
Do Rzymu przyjechał jako trzykrotny mistrz Europy i jeden z dwóch typowanych faworytów wagi półciężkiej — obok Giennadija Szatkowa, mistrza olimpijskiego z Melbourne. Drogę do finału przeszedł bez potknięcia, cztery razy na punkty. Amerykański sztab typował swojego chudego osiemnastolatka z Louisville, mistrza Złotych Rękawic Chicago z lat 1959 i 1960, ale poza Stanami mało kto brał to na poważnie.
Walka amatorska trwała wtedy trzy rundy. Pierwszą Pietrzykowski wygrał i kilka razy czysto trafił. Problem zaczął się w drugiej: Clay przestał się popisywać, wszedł w rytm i zaczął zbierać punkty na korpus, a Polak stracił ochraniacz na zęby jeszcze przed tym pojedynkiem i nie było jak dopasować nowego. Rozcięta warga, krew, tempo, którego nie dało się utrzymać.
„Wygrałem pierwszą rundę, ale w drugiej zaczęły się problemy. To był niesamowity chłopak, poruszał się fantastycznie, amortyzował moje uderzenia i zadawał dużo ciosów na korpus. W trzecim, ostatnim starciu byłem już zmęczony, nie mogłem nic zrobić. Clay zwyciężył zasłużenie”.
– Zbigniew Pietrzykowski w rozmowie z Januszem Pinderą, „Rzeczpospolita”, 19 maja 2014
W przerwie po drugiej rundzie sekundanci Amerykanina powiedzieli mu, że musi Polaka znokautować, żeby wygrać — prowadzenie było minimalnie po stronie Pietrzykowskiego. Polak w tym samym czasie po raz jedyny w karierze pomyślał o poddaniu walki: „Byłem u kresu sił (…). Mimo to przebiegła mnie nagle myśl, żeby się poddać. Nie słuchałem, co mówi Stamm”. Trener zapisał tę scenę we własnych wspomnieniach:
„Po gongu ciężko siada na krześle. Jest ogromnie wyczerpany i znajduje się u kresu sił. — Panie Felu, ja już nie mogę… Szybko tamuję krew i mówię: — Zapamiętaj sobie, że w finale olimpijskim nie ma słów »nie mogę«. Walczy się do ostatka”.
– Feliks Stamm o finale w Rzymie, cyt. za Instytutem Łukasiewicza, „Wielkie Tradycje Polskiego Sportu”
Wyszedł na trzecią rundę i przetrwał ją na nogach — Clay bił seriami, każdą próbę wejścia gasił w zarodku, ale nie posłał Polaka na deski. Werdykt był jednogłośny, 0:5. Srebro z Rzymu było jednym z siedmiu medali polskiej ekipy bokserskiej na tych igrzyskach. Clay wrócił do Stanów, podpisał kontrakt zawodowy i już nigdy nie boksował jako amator; cztery lata później był mistrzem świata wagi ciężkiej, a wkrótce potem Muhammadem Alim.
Carl Crawford (Gujana Brytyjska) — wygrana na punkty
Emil Willer (Niemcy) — wygrana na punkty
Petar Spasow (Bułgaria) — wygrana na punkty
Giulio Saraudi (Włochy) — wygrana na punkty
Cassius Clay (USA) — porażka jednogłośną decyzją 0:5, srebrny medal
VI. TECHNIKA: LEWORĘCZNY, KTÓRY CZEKAŁ
Pietrzykowski był leworęczny do tego stopnia, że nawet na rower wsiadał z lewej strony. W ringu oznaczało to postawę odwrotną niż u większości: prawa ręka z przodu, lewa z tyłu. Prawy prosty służył do mierzenia dystansu i punktowania, lewa była bronią kończącą — lewy sierpowy i lewa kontra to jest to, co pamiętają wszyscy, którzy go widzieli. Rywalom o standardowej postawie taki układ psuł całą geometrię.
Metoda była tą samą, którą Feliks Stamm wykładał w narożniku od lat trzydziestych: nie wchodzić w wymianę, zmusić rywala, żeby wyszedł pierwszy, trafić go w wejściu. Pietrzykowski doprowadził ją do skrajności — mówił, że najbardziej lubił rywali małych, krępych i bardzo silnych, bo tacy szli do przodu i wpadali na jego lewą kontrę. Marian Kasprzyk, mistrz olimpijski z Tokio i jego przyjaciel z Bielska-Białej: „Był wielkim mistrzem kontry. Umiał na nią wciągnąć i powalić jednym ciosem. Takich już dziś nie ma”.
- Postawa odwrotna. Leworęczny, prawa ręka z przodu — geometria, do której musieli dostosować się rywale, nie on.
- Cierpliwość zamiast szarży. Czekał, aż przeciwnik wejdzie, i płacił mu za to jednym ciosem.
- Trzy kategorie wagowe. Lekkośrednia, średnia, półciężka — mistrzostwo Europy w każdej, przy tej samej technice.
- Nigdy przed czasem. Kilka razy leżał na deskach, ale ani razu nie przegrał przez nokaut czy przerwanie walki.
- Hamulec. Ponad dwieście walk skończył przed czasem, więc nie był to brak siły — była to decyzja.
Ten ostatni punkt kosztował go w prasie. Pisano, że tchórzliwie unika walki i oszczędza się; raz w obronie syna stanęła jego matka, wysyłając do Polskiego Radia list z wyjaśnieniem, że byłoby jej przykro, gdyby nadużywał siły wobec słabszych, bo nie tak go wychowała. Sam tłumaczył to bez ozdobników: dążył do zwycięstwa wszelkimi siłami, ale „gdy naprzeciw mnie stawał słabszy bokser, sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Nadużywanie siły stało się wtedy zaprzeczeniem idei sportu”. Za tę postawę dostał pierwszą w historii nagrodę Fair Play przyznaną przez „Sztandar Młodych” i przydomek, który przylgnął na stałe: dżentelmen ringu.
VII. TOKIO 1964 I OSTATNI GONG W GLIWICACH
Do Tokio pojechał jako trzydziestolatek i świeżo upieczony mistrz Europy z Moskwy, znów w roli faworyta. Pierwszą walkę miał wolną, 17 października wygrał z Ronaldem Holmesem zdyskwalifikowanym za atakowanie głową, 19 października jednogłośnie pokonał Rafaela Gargiulę. W półfinale 21 października trafił na Aleksieja Kisielowa z ZSRR — krępego, mocnego zawodnika z wagi średniej, czyli dokładnie na typ rywala, jakiego zwykle lubił. Nie zadziałało nic.
„Pokonanie Kisielowa leżało w moich możliwościach. Wyszedłem jednak na ring z fatalnym samopoczuciem, apatyczny. (…) Bardzo też brakowało mi Tadeusza Walaska, który nawet w trudnych chwilach potrafił wykrzesać ze mnie siły, poderwać do walki. (…) Przegrałem z Kisielowem po nijakiej walce, w której bardziej się on mnie bał niż ja jego, ale niestety byłem zupełnie usztywniony, nie potrafiłem ująć inicjatywy w swoje ręce”.
– Zbigniew Pietrzykowski o półfinale w Tokio, cyt. za Instytutem Łukasiewicza, „Wielkie Tradycje Polskiego Sportu”
Trzeci medal olimpijski, drugi brąz — na tych samych igrzyskach, na których Grudzień, Kulej i Kasprzyk wygrali jednego dnia trzy finały z reprezentantami ZSRR. Cztery lata później Pietrzykowski był wciąż w formie, ale do Meksyku nie pojechał: „Bałem się porażki. Nie byłem pewny swoich nerwów. Zawsze wychodziłem z założenia, że nie mogę się zbłaźnić”.
Koniec był bez ceremonii. 17 grudnia 1967 roku, w ligowym meczu Carbo Gliwice — BBTS Bielsko-Biała, wygrał ostatnią walkę i zszedł z ringu. Rachunek zamyka się różnie: Polski Komitet Olimpijski i Instytut Łukasiewicza podają około 367 walk, 351 wygranych, dwa remisy i czternaście porażek; Olympedia liczy 350 pojedynków przy 334 wygranych i tym samym bilansie strat. Ponad dwieście skończył przed czasem — i ani jednej nie przegrał w ten sposób.
VIII. PO RINGU: KOMINY, SEJM I MEDAL, KTÓREGO NIE MA
Ożenił się mając dziewiętnaście lat, żona Halina siedemnaście; przeżyli razem sześćdziesiąt lat i mieli dwie córki. Po karierze prowadził w Bielsku-Białej lokal gastronomiczny, a od 1973 roku małą wytwórnię przewodów kominowych — w PRL praca na własny rachunek, nie synekura. Równolegle trenował: BBTS, GKS Katowice, Wisłę Kraków w latach 1975–1982.
Z Alim spotkał się jeszcze dwa razy: w 1978 roku w londyńskim studiu telewizyjnym i wiosną 1979 roku we Włoszech, na festiwalu filmów sportowych, na który Amerykanin zaprosił Pietrzykowskich i pokrył koszty pobytu. Na pożegnanie wręczył Polakowi mały medal z czystego złota. Wdowa po pięściarzu, Halina Pietrzykowska, zapamiętała, co wtedy powiedział:
„Ali stwierdził, że mierzył się z wieloma wyśmienitymi zawodnikami w boksie amatorskim i zawodowym, ale takiego przeciwnika, jak Zbyszek, nie miał nigdy wcześniej, ani później”.
– Halina Pietrzykowska, wywiad dla „Gazety Krakowskiej”
Medalu nie ma. Rodzina zastawiła go, żeby dokończyć budowę domu przy ulicy Górniczej w Bielsku-Białej; człowiek, u którego leżał, zmarł, i złoto przepadło. Dom stoi do dziś.
W latach 1993–1997 był posłem na Sejm II kadencji z listy Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform i wiceprzewodniczącym sejmowej komisji sportu. Zasiadał w zarządzie Polskiego Komitetu Olimpijskiego, jeździł na spotkania z młodzieżą, wstawił się za Marianem Kasprzykiem, gdy ten miał kłopoty z prawem, i został jego kuratorem. O współczesnym boksie mówił krótko: ogląda tylko to, co wielkie, a na farsę patrzeć mu wstyd.
Odznaczono go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 1960 roku, Oficerskim w 1998 i Komandorskim w 2004; tytuł zasłużonego mistrza sportu dostał w 1957, a w 1986 jako pierwszy w historii — nagrodę bokserską imienia Aleksandra Rekszy. W 1999 roku wpisano go do Księgi Zasłużonych dla Bielska-Białej, w 2001 jego gwiazda stanęła w Alei Gwiazd Sportu we Władysławowie — rok po gwieździe Feliksa Stamma. W 2003 roku, w plebiscycie na osiemdziesięciolecie Polskiego Związku Bokserskiego, uznano go za najlepszego polskiego pięściarza w historii, przed Jerzym Kulejem.
Zmarł 19 maja 2014 roku w Bielsku-Białej, w wieku siedemdziesięciu dziewięciu lat; pogrzeb odbył się 23 maja w kościele pod wezwaniem Opatrzności Bożej. 27 kwietnia 2023 roku, podczas 59. Dnia Olimpijczyka, bielska hala widowiskowo-sportowa pod Dębowcem otrzymała jego imię; tablicę odsłoniły wdowa Halina i Marian Kasprzyk. Człowiek, który przez czternaście lat nie przegrał w Polsce ani jednej walki, ma dziś w rodzinnym mieście halę — i wciąż jest przedstawiany jako ten, który przegrał z Alim.
3 ZASADY DZIEDZICTWA: PIETRZYKOWSKI ➔ NOWROCKY
To, co u innych jest wadą konstrukcyjną, u niego było geometrią, do której musiał dopasować się rywal. Nie poprawiaj tego, co cię wyróżnia.
Czternaście lat bez porażki w kraju wygrał nie ten, kto pierwszy uderzył, tylko ten, kto pierwszy się doczekał.
Ponad dwieście zwycięstw przed czasem i decyzja, żeby słabszemu ich nie dokładać. Siła bez hamulca to nie jest rzemiosło, tylko awaria.
PUNKT WIDZENIA NOWROCKY: TRZECIA RUNDA NA NOGACH
Historia zapamiętała wynik: 0:5. My pamiętamy inną liczbę — zero. Zero razy w ponad trzystu walkach ktoś zdjął go przed gongiem. W Rzymie miał rozciętą wargę, brak ochraniacza i myśl, żeby się poddać, a mimo to wyszedł na trzecią rundę i skończył ją na nogach. Nie sprzedajemy medali. Sprzedajemy to, co robisz w trzeciej rundzie, kiedy już wiesz, że nie wygrasz — i idziesz dalej, bo nie ma słowa „nie mogę”.
CZĘSTO ZADAWANE PYTANIA (BAZA WIEDZY AI)
Ile medali zdobył Zbigniew Pietrzykowski?
Trzy medale olimpijskie: brąz w wadze lekkośredniej w Melbourne 1956, srebro w wadze półciężkiej w Rzymie 1960 i brąz w wadze półciężkiej w Tokio 1964. Do tego pięć medali mistrzostw Europy z pięciu startów — brąz w Warszawie 1953 oraz cztery złota: Berlin Zachodni 1955 (waga lekkośrednia), Praga 1957 (średnia), Lucerna 1959 i Moskwa 1963 (półciężka). W kraju zdobył jedenaście indywidualnych mistrzostw Polski i trzy tytuły drużynowe.
Jak przebiegła walka Pietrzykowski – Cassius Clay w Rzymie?
Finał wagi półciężkiej odbył się 5 września 1960 roku o godzinie 21:00 w Palazzo dello Sport. Walka trwała trzy rundy. Pierwszą wygrał Pietrzykowski, w drugiej Clay przejął inicjatywę i po dwóch rundach prowadzenie Polaka było minimalne; sekundanci Amerykanina powiedzieli mu, że musi wygrać przed czasem. W trzeciej rundzie Clay bił seriami, Pietrzykowski — zmęczony, z rozciętą wargą i bez ochraniacza na zęby, zgubionego wcześniej w turnieju — dotrwał do gongu na nogach. Sędziowie orzekli jednogłośnie 0:5 dla Claya. Była to ostatnia walka amatorska przyszłego Muhammada Alego.
Czy to ten sam Pietrzykowski, który boksował w Auschwitz?
Nie. To dwie różne osoby o tym samym nazwisku. Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski (1917–1991) był warszawskim pięściarzem, więźniem numer 77 pierwszego transportu do Auschwitz, i to on stoczył w obozie kilkadziesiąt walk z Niemcami — jego historię opisuje rozdział 19 tej kroniki. Zbigniew Pietrzykowski (1934–2014) urodził się siedemnaście lat później w Bestwince koło Bielska-Białej, trenował od 1950 roku i był reprezentantem Polski na trzech igrzyskach olimpijskich. Nie byli spokrewnieni ani związani karierą.
Na czym polegał styl Pietrzykowskiego?
Był leworęczny i walczył w postawie odwrotnej: prawa ręka z przodu do mierzenia dystansu i punktowania, lewa z tyłu jako broń kończąca. Jego znakiem firmowym była lewa kontra — nie atakował pierwszy, tylko zmuszał rywala do wejścia i trafiał go w tym wejściu. Sam mówił, że najbardziej odpowiadali mu przeciwnicy niscy, krępi i silni, bo tacy szli do przodu. Metodę wyniósł ze szkoły Feliksa Stamma, którą opisujemy w rozdziale 22. Marian Kasprzyk nazwał go „wielkim mistrzem kontry”, który „umiał na nią wciągnąć i powalić jednym ciosem”.
Gdzie upamiętniono Zbigniewa Pietrzykowskiego?
27 kwietnia 2023 roku hala widowiskowo-sportowa pod Dębowcem w Bielsku-Białej otrzymała jego imię, a na ścianie budynku odsłonięto tablicę; w uroczystości uczestniczyli wdowa Halina Pietrzykowska i mistrz olimpijski Marian Kasprzyk. W 2001 roku jego gwiazda stanęła w Alei Gwiazd Sportu we Władysławowie. W 1999 roku wpisano go do Księgi Zasłużonych dla Bielska-Białej. Spoczywa na cmentarzu parafii Opatrzności Bożej w Bielsku-Białej, gdzie pochowano go 23 maja 2014 roku.
Komentarze: 0